Biorezonans - pomaga czy nie? Moja opinia

   

Mój syn prawie do 2 roku życia budził się w nocy po kilka razy z wielkim płaczem/krzykami. Pisałam Wam o tym TUTAJ. Skoro lekarze nie wiedzieli co mu jest czytałam i szukałam w internecie innych metod alternatywnych które mogłyby mu pomóc. O biorezonansie słyszałam już wcześniej od ciotki która jeździła z wnukiem na testy a później odczulanie i sobie bardzo chwaliła. Poszłam więc z synem na pierwszą wizytę za którą zapłaciłam 180 zł za testy. Wyszły synowi 3 różne candidy i niedobór większości witamin. Pan powiedział że nie ma sensu odczulać tej candidy, wystarczy że odstawimy cukier, słodycze itd. Wcisnął mi jakieś tabletki o smaku kakaowym gdzie były zawarte wszystkie witaminy. Opakowanie kosztowało 80 zł. W cenie testów miałam 3 darmowe kontrole. te kontrole wydawały mi się na odwal. Skoro na testach sprawdzał wszystkie witaminy to na kontroli wybrane i co wizyta oczywiście była poprawa. Tabletki syn raz brał a raz nie brał, ale poprawa była. Oczywiście w nocy syn dalej się budził. Biorezonans w niczym mi nie pomógł.

W późniejszym czasie oglądałam program który prowadziła Dorota Wellman z Pauliną Młynarską gdzie tematem był biorezonans. Zaproszeni goście to lekarz oraz panie które korzystały z biorezonansu. Jedna Pani twierdziła że biorezonans w ogóle jej nie pomógł a pozostałe jeżeli dobrze pamiętam to mówiły że pomógł. Zaproszony lekarz twierdził że to wielkie oszustwo, że w niczym nie pomaga. Ja wtedy oglądając program pomyślałam że lekarze to tak po części też oszuści, bo zapisują często leki w ciemno, albo pomoże, albo nie pomoże. Nie raz słyszałam jak nie pomoże to proszę przyjść zapiszemy inny. Ostatnio nasza lekarka pomyliła zapalenie jamy ustnej z anginą i córka nie potrzebnie brała antybiotyk. Jak widać lekarz też pomoże albo nie pomoże. 

Drugi raz z synem poszłam już jak był w przedszkolu. Wybrałam inny gabinet. Tym razem wyszły synowi na pewno tęgoryjec dwunastnicy, jaja tęgoryjca, kilka bakterii i coś jeszcze ale nie pamiętam. Syn nie płakał już po nocach ale wybrałam się z z nim bo często chorował w przedszkolu 2 dni i 2 tygodnie w domu co doprowadziło że musieliśmy iść usuwać migdałka. Myślałam że jak pójdę na biorezonans to może unikniemy wycięcia ale jednak nie udało się. Mimo kilku odczulań nic to nie zmieniło. Podczas testów rozmawiam z Panią o robalach a ona mówi że była ostatnio u lekarza po Zentel aby odrobaczyć córkę bo jest jakaś blada. Pomyślałam sobie wtedy czemu jej nie odrobaczy na swoim urządzeniu. 

Jakiś czas później na kilka miesięcy przyjechała do mnie mama. Mama ciągle się smarkała i kichała. Wysłałam ją na biorezonas bo w jej okolicach nie ma. Tata wiózł jej specjalnie 400 km kurz z domu zamknięty w słoiczku. Pani powiedziała że nie może być z mojego domu :) 
Pamiętam że wyszło mamie że jest uczulona na kurz, kakao, orzechy laskowe, morele, gołębie, brzozę. Mama poszła na 3 odczulania na kurz. Po miesiącu przestała się smarkać i kichać. Minęły już 2 lata i nie musi brać leków alergicznych. Jak zje coś z kakao to faktycznie dostaje zaraz katar. Jak widać u mojej mamy to urządzenie pomogło. Siedząc w poczekalni siedziała tam Pani która z kimś rozmawiała i mówiła też że jej bardzo pomaga terapia. Na różnych forach gdy mamy się pytają o biorezonans to opinie są często podzielone. Jedne mamy piszą że pomogło im dzieciom inne że to strata pieniędzy. 

Ostatni raz na biorezonas poszłam gdy syn miał 6 lat. W grudniu mi się tak rozchorował że po chorobie został mu kaszel prawie na cały rok. Chodziłam do naszej rodzinnej, ale osłuchowo zawsze było czysto. Leki żadne nie pomagały. Prześwietlenie płuc nic nie wykazało. Rodzinna stwierdziła że to musi być na 100% alergia. Dostaliśmy skierowanie do alergologa gdzie zrobiono mu testy skórne. Wyszło że syn jest uczulony na trawy. Oczywiście alergolog wykluczył że ten kaszel to przez trawy bo trawy w zimie nie pylą. Mówię że syn nie ma objawów alergicznych typu: kichanie, katar, łzawienie oczu wiosna -lato. Alergolog powiedział  że jest potencjalnym alergikiem i może kiedyś będzie miał alergię na trawy. Wróciłam do rodzinnej aby powiedzieć że alergia wykluczona to usłyszałam tym razem że many zanieczyszczone powietrze. Że nie tylko na Śląsku ale że u nas też. Wyszłam i już nie wróciłam. Wyleczyłam syna sama prawie z rocznego kaszlu. Podawałam mu codziennie naturalną witaminę C o której piałam Wam TUTAJ. No ale za nim go wyleczyłam to byłam jeszcze na biorezonanasie. Poszłam go odczulać na te trawy bo to urządzenie też wykazało że jest na nie uczulony. Po 2 terapiach nie było poprawy, więc Pani stwierdziła że to nie to bo było by już lepiej. Zrobiła testy na pokarmówkę i wyszła pszenica. Po 2 odczulaniach dalej nie było poprawy więc znowu zaczęła robić testy. Wyszły pasożyty. Pytam się później jej pomocy co to za pasożyty a ona do mnie z uśmiechem "a różne robaczki". Oczywiście odczulanie też nie pomogło. Więcej już nie poszłam. 

Rozmawiałam nie dawno z jedną Panią psycholog która bardzo polecała biorezonas. Mówiła że poleca je rodzicom często jak dzieci mają jakieś problemy. Powiedziała że ten Pan który prowadzi terapię każe zawsze odstawić mleko, gluten, cukier, że bez tego nie podejmuje się terapii. Dzieciom zwłaszcza małym ciężko wyeliminować te składniki z menu. Ja uważam że po wyeliminowaniu tych właśnie składników większość osób poczuje się dużo lepiej, a biorezonans będzie wtedy zbędny. 

Co myślę o biorezonansie? Myślę że jednym pomaga a innym nie. Podobno jak się w coś bardzo wierzy np. w skuteczność terapii to nasz organizm jest sam w stanie wiele pokonać. To tak zwane placebo. Dzieci jeszcze nie wiedzą co to znaczy i dlatego podobno u dzieci często to się nie sprawdza. Sama osobiście ze sobą jeszcze nie byłam więc ciężko coś powiedzieć. Dla mnie osobiście nie ważne że to efekt placebo, ważne że pomaga tym co wierzą. Mojej mamie pomogło, dziecku nie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

PageNavi Results No.

@templatesyard